Nie ma ludzi straconych

Chrystus umarł w moim sercu, gdy miałem 15 lat, wtedy bowiem sięgnąłem po alkohol. Posmakowało mi to i brnąłem dalej. Piłem dla odwagi, szpanu. Kiedy na mojej drodze stanęła kobieta, obecna żona, myślałem, że się coś zmieni, że będę w stanie kontrolować siebie, że może zerwę z nałogiem. Nic jednak nie zmieniało mojego postępowania. Bóg nadal nie istniał w moim życiu. Żona była bogobojna, ciągnęła mnie do kościoła. Chodziłem dla świętego spokoju. Kiedy wydawało się, że nic mi nie grozi, że jeszcze potrafię powiedzieć dziękuję, że piję jeszcze kontrolowanie, przyszedł etap, gdy już musiałem pić. Nie byłem w stanie przeciwstawić się temu złu. Wsiadłem w pociąg do nikąd. Nie pomogły prośby żony, dorastających dzieci, teściów. Spadałem na dno. Nic się nie liczyło. Moim panem był alkohol.

W roku 1980, kiedy moi synowie mieli już 18 i 10 lat, żona w momencie mojej chwilowej trzeźwości powiedziała mi, że jest w stanie błogosławionym. Zawrzało we mnie. Szatan zadziałał niesamowicie. Powiedziałem, że tego dziecka nie chcę. Wtedy Bóg przemówił do mnie. Poszedłem na drugi dzień do pracy, aby wziąć urlop, żeby się napić. Kolega zapytał: po co ci urlop? Bo chcę pić, bo nie chcę dziecka, a żona jest w stanie błogosławionym. Ona musi z tym zrobić porządek. Nie zdawałem sobie sprawy, że dziecko jest darem Bożym. Kolega powiedział wtedy słowa, które zostaną mi do śmierci: jeżeli związałbym ci ręce, nogi i wrzucił do wody, czy miałbyś szansę uratowania się? Powiedziałem: Nie. A to dziecko jaką ma szansę? Jest bezbronne. Jeżeli ci kiedykolwiek zabraknie chleba, przyjdź do mnie, ja ci go dam.

To był moment, kiedy dziecko otrzymało ode mnie prawo do życia. Nadal jednak piłem. Na chrzest dziecka kupiłem baterię alkoholu - 25 butelek. Podczas nabożeństwa w kościele coś w mojej duszy zaczęło się dziać. Odbierałem to jednak jako chwilową słabość. Kiedy przyszliśmy do domu, położyliśmy dziecko w małym pokoju. Wisiał w nim obraz Świętej Rodziny, na który przez wiele lat nie zwracałem uwagi. Coś zaczęło przemawiać w mojej duszy, patrzyłem na twarze: Jezusa, Maryi, Józefa. Kiedy o 19.30 zawołano mnie, abym się napił, trzymając dziecko w lewej ręce a kieliszek w prawej, pomyślałem: Synu jaka cię czeka przyszłość przy takim ojcu? Odstawiłem kieliszek i poszedłem do drugiego pokoju. Nie umiałem się modlić, błagać, prosić, tylko płakałem. Pan, który niejednokrotnie pukał do moich drzwi, teraz wchodził i pomagał mi. Wołałem do Matki Bożej, by mi dopomogła, bo nic nie potrafię.

Następnego dnia przed pracą wszedłem do kościoła i modliłem się o zerwanie z nałogiem. I stał się cud. Matka Boża uprosiła łaskę dla mnie. W 1982 r. wstąpiłem w szeregi Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Chrystus stał się moim Panem. Nie piję ponad 11 lat. Staram się być lepszym i znajdować dla Niego czas. Dzisiaj wiem, że każda modlitwa jest wysłuchana i że nie ma ludzi straconych.

Jurek z Przemyśla

Dokument został dodany dnia 10-02-2003 o godz. 0:00
Contact our HP Department if you are desperate to get black listed.