oaza.pl
Światło-Życie

Strona główna · Rok wiary · O Ruchu: Świadectwa · Kalendaria: Rekolekcje · CDOR · Diakonie · Stowarzyszenie DIAKONIA · Dokumenty i materiały · Wydawnictwo · Czasopisma · Rozmaitości · Przegląd wydarzeń · e-KARTKI · Poczta przez WWW · Powiadomienie o nowościach · Kontakty · Kalendarz

 
Szukanie zaawansowane / Indeksy
Temat pracy rocznej:
13/14: Narodzić się na nowo
Domowy Kościół Krucjata Wyzwolenia Człowieka Ks. Franciszek Blachnicki
Nasz słownik

Exodus - Księga Wyjścia

Piosenka oazy

Żywy Kościół

Nasze strony

Domowy Kościół w Zielonej Górze

Domowy Kościoł w Łowiczu

Oaza na Litwie

Ikona, kot i węzełek. Czarnobylska modlitwa

26 kwietnia minie 28. rocznica katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu. Chociaż sama elektrownia znajdowała się na terenie Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, radioaktywne substancje poszybowały z wiatrem na północ – nad Polskę, Skandynawię, ale przede wszystkim – nad Białoruś.

Czarnobyl-godzina przed katastrofą

Czarnobyl - Awaria w elektrowni atomowej

Ten tekst będzie poświęcony nie samej katastrofie, ale – ludziom, którzy na różny sposób padli jej ofiarą. Przeszli swoją drogę krzyżową. Opowieści, których fragmenty przytaczam, zostały zebrane i zamieszczone przez białoruską dziennikarkę Swietłanę Aleksiejewicz w książce „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości” (Wołowiec: Czarne 2012). Ta książka to wielki krzyk i lament nad grobami. Trzeba dużo odwagi, żeby nadstawić ucha na ten krzyk i usłyszeć w nim krzyk umęczonego Jezusa.

Agnieszka Salamucha

Autorka książki

„Długo pisałam i dopisywałam tę książkę. Prawie dwadzieścia lat. Spotykałam się i rozmawiałam z byłymi pracownikami elektrowni, uczonymi, lekarzami, żołnierzami, przesiedleńcami, nielegalnymi mieszkańcami strefy. Z tymi, dla których Czarnobyl jest zasadniczą treścią ich świata, dla których nie tylko ziemia i woda, ale w ogóle wszystko wewnątrz nich i wokół nich samych jest zatrute Czarnobylem. Ci opowiadali i szukali odpowiedzi. Szukaliśmy ich wspólnie. Często się spieszyli, bali się, że nie zdążą (nie wiedziałam wówczas, że ceną ich świadectwa jest życie). »Niech pani zanotuje... – powtarzali. – Nie wszystko z tego, cośmy widzieli, rozumiemy, ale niech to zostanie. Ktoś jednak przeczyta i zrozumie. Potem... Po nas«. Spieszyli się nie bez powodu, bo wielu już dzisiaj nie żyje. Ale wysłać sygnał zdążyli.” (s. 34)

Likwidatorzy

„Wchodzimy z żołnierzami do chałupy. Mieszka tam samotna babcia. »No, babciu, jedziemy«. »Pojedziemy, dzieci«. »No to zbieraj się, babciu«. Czekamy na ulicy, palimy papierosy. No i ta babcia wychodzi, w rękach trzyma ikonę, kotka i węzełek. To wszystko, co zabiera ze sobą. »Babciu, kota nie wolno. Zabronione. Ma radioaktywną sierść«. »Nie, dzieci drogie, bez kotka nie pojadę. Jakże go tu zostawię samego? To moja rodzina«” (s. 124).

„Porzucony dom. Zamknięty. Kotek w oknie. Myślałem, że to gliniany. Podchodzę – żywy. Objadł wszystkie kwiaty w doniczkach, geranium. Jak tam się dostał? Czy może go zostawili? Na drzwiach karteczka: »Kochany przechodniu, nie szukaj cennych rzeczy. Nie mieliśmy ich. Korzystaj ze wszystkiego, ale nie szabruj. My tu wrócimy«. Na innych domach widziałem napisy różnymi kolorami: »Przebacz mi, domu rodzinny!«Żegnali się z domem jak z żywym człowiekiem. Pisali: »Wyjeżdżamy rano«albo »Wyjeżdżamy wieczorem«, stawiali datę, podawali nawet godzinę i minutę. Kartki z zeszytów szkolnych zapisane dziecinnym pismem: »Nie bij kota. Bo szczury wszystko zjedzą«. Albo: »Nie zabijaj naszej Żulki. Jest dobra«” (s. 81).

„Zdejmowaliśmy skażoną wierzchnią warstwę ziemi, ładowali na samochody i wywozili do mogilników. Myślałem, że taki mogilnik to jakaś skomplikowana konstrukcja, a to był zwyczajny kurhan. Zrywaliśmy ziemię i zwijali w wielkie rulony. Jak dywan. Zieloną darń, z trawą, kwiatami, korzeniami. Pająkami, robakami. Praca dla wariatów. Nie sposób przecież zedrzeć całej ziemi, zdjąć z niej wszystko, co żyje. Gdybyśmy nie pili na umór każdej nocy, wątpię, żebyśmy wytrzymali. Wysiadłaby psychika. Setki metrów obdartej, bezpłodnej ziemi. Domy, szopy, drzewa, szosy, przedszkola, studnie – zostawały jak nagie. [...] To, że praca jest bezużyteczna, wiedzieli wszyscy. Tysiące ludzi. Ale co ranka wstawialiśmy i znowu ją wykonywali.” (s. 190)

„Zobaczył nas niepiśmienny dziadek i mówi: »Rzućcie, synkowie, tę głupią robotę. Siadajcie do stołu. Zjedzcie obiad«[...] Ludzi ewakuowano, ale w niektórych wsiach zostawali staruszkowie. No właśnie... Można wejść do zwykłej chaty i usiąść do obiadu. Bodaj przez pół godziny zaznać normalnego ludzkiego życia. Tego rytuału. Chociaż do jedzenia nic się nie nadawało. Nie wolno było tam jeść. Ale tak się chciało posiedzieć za stołem. W starej chałupie” (s. 190-191).

„Spotkaliśmy staruszkę. »Dzieci, a mleczko od własnej krowy można pić?«My oczy w ziemię, mamy rozkaz zbierać dane, ale nie kontaktować się bezpośrednio z ludnością. Pierwszy odpowiedział chorąży: »A ile macie lat, babciu?«»No, już z osiemdziesiątkę, albo i więcej. Papiery spaliły się we wojnę«. »No to może babcia pić«. Ludzi ze wsi zawsze najbardziej żal, bo ucierpieli niewinnie, jak dzieci. Przecież to nie chłop wymyślił Czarnobyl, związek chłopa z naturą oparty jest nie na podboju, ale na wzajemnym zaufaniu, tak jak przed stu laty, przed tysiącem. Jak w Bożym zamyśle. Chłopi nie rozumieli więc, co się stało. Uczonym, każdemu wykształconemu człowiekowi chcieli wierzyć jak księdzu. A słyszeli: »Wszystko w porządku. Nic strasznego. Tylko myjcie ręce przed jedzeniem«. Nie od razu, ale po kilku latach zrozumiałam, żeśmy tam wszyscy brali udział w zbrodni” (s. 201).

Matka

„Moja dziewczynka… Nie jest taka jak wszystkie... Kiedy dorośnie, zapyta mnie: »Dlaczego jestem inna?«

Kiedy się urodziła... To było nie dziecko, ale żywy woreczek zaszyty ze wszystkich stron, ani jednej szparki, tylko oczka miała otwarte. W historii choroby napisali: »Dziewczynka z licznymi wadami wrodzonymi: aplazją odbytu, aplazją pochwy, aplazją lewej nerki«... Tak to brzmi w języku nauki, a w zwykłym: ani pupki, ani cipki, jedna nerka. Następnego dnia niosłam ją na operację, drugiego dnia jej życia... Otworzyła oczka i jakby się uśmiechnęła, a ja najpierw pomyślałam, że chce zapłakać. O Boże, uśmiechnęła się! Takie jak ona nie żyją, ale od razu umierają. A ona nie umarła, bo ją kocham. [...] Ma cztery lata, śpiewa, tańczy, czyta, recytuje z pamięci wiersze. Normalnie się rozwija umysłowo, niczym się nie różni od innych dzieci, tylko inaczej się bawi. Nie bawi się w sklep, w szkołę, bawi się lalkami »w szpital«: robi im zastrzyki, mierzy temperaturę, podaje kroplówkę, a kiedy lalka umiera – przykrywa ją prześcieradłem. Od czterech lat mieszkamy z nią w szpitalu, nie możemy jej tam zostawić samej, więc nie wie, że mieszka się w domu. Kiedy zabieram ją na miesiąc czy dwa, to pyta: »A jak prędko wrócimy do szpitala?«” (s. 97-98).

Żołnierze

„Nie zapomnę kobiet, które prały nam bieliznę. Pralek nie było, nikt o nich nie pomyślał, nie przywieziono. Prano ręcznie. Wszystkie kobiety były starsze. Ręce miały w bąblach, w strupach. Bielizna mało że brudna, to jeszcze z dziesiątkami rentgenów. »Chłopcy, zjedzcie coś.«, »Chłopcy, pośpijcie trochę.«, »Przecież wy młodzi jesteście. Dbajcie o siebie.«. Żałowały nas i płakały. Czy dzisiaj żyją?” (s. 87-88).

„Wróciliśmy do domu. Wszystko z siebie zdjąłem, całe ubranie, które tam na sobie miałem, i wyrzuciłem do zsypu. A furażerkę podarowałem małemu synkowi. Bardzo prosił. Potem nie chciał jej zdejmować. Po dwóch latach postawiono mu diagnozę: rak mózgu. Teraz może pani sama dokończyć. Nie chcę o tym więcej mówić” (s. 85).

Inżynier

„Nie pamiętam, żeby ktokolwiek z naszych pracowników zląkł się o siebie samego i odmówił wyjazdu do strefy. Nie ze strachu, że go wyrzucą do partii, ale dlatego, że wierzyliśmy. Przede wszystkim wiara, że życie jest u nas piękne i sprawiedliwe, a człowiek stoi ponad wszystkim, że jest miarą wszechrzeczy. Ta wiara runęła w gruzy, co dla wielu skończyło się zawałem albo samobójstwem. Strzałem w serce. [...] Dlatego że kiedy się traci wiarę, zostaje się bez niej, wówczas jest się nie uczestnikiem, ale po prostu wspólnikiem, i wtedy nie ma usprawiedliwienia. [...] Jest pewien znak. W byłym związku Radzieckim w każdej elektrowni atomowej przechowywano w sejfie plan usuwania skutków awarii. Typowy plan. Tajny. Bez takiego planu nie wydano by zezwolenia na uruchomienie elektrowni. Wiele lat przed katastrofą opracowano go właśnie na podstawie Czarnobyla. Co robić i jak? Kto za to odpowiada? Gdzie się znajduje? Wszystko w najdrobniejszych szczegółach... I nagle tam, w tej wzorcowej elektrowni, dochodzi do katastrofy. Czy to przypadkowa zbieżność? Tajemnica? Gdybym był wierzący... Kiedy ktoś chce dociec sensu, czuje się wtedy człowiekiem religijnym. A ja jestem inżynierem. Człowiekiem innej wiary. Mam inne symbole. No i co teraz... Co mam teraz zrobić ze swoją wiarą?” (s. 196).

Fizyk

„W sytuacji zagrożenia awarią jądrową czy atakiem jądrowym instrukcje nakazują przeprowadzić natychmiast akcję profilaktyczną wśród ludzkości – podać preparat jodowy. To w sytuacji zagrożenia. A tutaj było... Trzy tysiące mikrorentgenów na godzinę!... Ale oni boją się nie o ludzi, tylko o władzę. To jest kraj władzy, a nie ludzi. Priorytet państwa nie podlega dyskusji. A życie ludzkie ma zerową wartość. Ale były też inne sposoby! Proponowaliśmy... Bez ogłoszeń, bez paniki... Po prostu dodawać preparat jodowy do wody pitnej, do mleka. Co najwyżej ludzie poczuliby zmieniony smak wody... Inny smak mleka... W mieście było przygotowane siedemset kilo preparatu. No i zostało w magazynach. W rezerwie. Gniewu z góry lękano się bardziej niż atomu. Każdy czekał na telefon, na rozkaz, ale sam nic nie robił. Bali się odpowiedzialności” (s. 248-249).

„Mam informację, że samo naczalstwo jod zażywało. Kiedy badali ich pracownicy naszego instytutu, wszyscy oni mieli »czystą«tarczycę. Bez zażycia roztworu jodu to byłoby niemożliwe. Swoje dzieci też po cichu wywieźli jak najdalej. A kiedy jechali w delegację, mieli półmaski, odzież ochronną. Wszystko to, czego zabrakło dla innych. Od dawna też nie jest tajemnicą, że pod Mińskiem hodowano specjalne stado. Każda krowa miała numerek i przydzielona była indywidualnie. Osobiście. Specjalne ziemie, specjalne parniki. Speckontrola. To było najbardziej odrażające” (s. 249).

„Napisałem do Moskwy. Wzywa mnie prezes naszej Akademii Płatonow: »Naród białoruski kiedyś cię wspomni, że dużo dla niego zrobiłeś, szkoda tylko, że napisałeś do Moskwy. To bardzo źle! Chcą, żebym cię zwolnił ze stanowiska. Po coś to zrobił? Nie wiesz, na kogo się porwałeś?«Ja mam mapy, liczby. A oni? Mogli mnie wsadzić do psychuszki. Odgrażali się. Mogłem mieć wypadek samochodowy. Ostrzegali. Mogli mi wytoczyć sprawę kryminalną. Za propagandę antyradziecką. Albo nawet za skrzynkę gwoździ, niewpisanych do ewidencji instytutu. Sprawę mi rzeczywiście wytoczyli. Dopięli swego. Dostałem zawału” (s. 250).

Dzieci

„Z tamtego roku (osiemdziesiątego szóstego) nie ma we wsi żadnych chłopców ani dziewczynek. Jestem tylko ja. A lekarze nie pozwalali...Straszyli mamę... Coś tam takiego... A mama uciekła ze szpitala i schowała się u babci. I wtedy ja... Znalazłem się... No, urodziłem się. Wszystko o podsłuchałem... Nie mam brata ani siostry. A bardzo bym chciał. Skąd się biorą dzieci? Poszedłbym i poszukał sobie brata” (s. 263-264).

„Mam małego brata. Brat lubi się bawić w Czarnobyl. Buduje schron atomowy, zasypuje piaskiem reaktor. Albo wkłada na siebie jakieś szmaty, biega za wszystkimi i straszy: »Uuuu! Idzie promieniowanie! Uuu... Idzie promieniowanie!«Nie było go jeszcze na świecie, kiedy to się stało” (s. 267).

Żona strażaka

„Niedawno się pobraliśmy. Po ulicach chodziliśmy, trzymając się za ręce, nawet kiedy szliśmy do sklepu. Zawsze we dwoje. Mówiłam mu: »Kocham cię«. Tylko jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo go kocham. Nie miałam pojęcia. Mieszkaliśmy w hotelu jednostki straży, w której służył. [...] W środku nocy słyszę jakiś hałas. Krzyki. Wyjrzałam przez okno. Mąż mnie zobaczył. »Zamknij lufcik i idź spać. Pali się w elektrowni. Wrócę niedługo«” (s. 13).

„O siódmej powiedzieli mi, że mąż jest w szpitalu. Pobiegłam, ale wokół szpitala stał już kordon milicji, nikogo nie przepuszczali. [...] Zbiegły się wszystkie kobiety, których mężowie przebywali tego dnia w elektrowni. Rzuciłam się, chcąc odnaleźć znajomą, która tam w szpitalu była lekarką. Złapałam ją za fartuch, kiedy wychodziła z karetki. »Wpuść mnie!«»Nie mogę! Niedobrze z nim. Z nimi wszystkimi nie jest dobrze«. Ale ja nadal trzymam ją za fartuch. »Tylko popatrzę«. »Dobrze – mówi – biegniemy. Na kwadrans, najwyżej dwadzieścia minut«. [...]

Pytam: »Wasieńka, co robić?«»Wyjedź stąd. Wyjedź! Ty masz rodzić«. Bo wtedy byłam w ciąży. Ale jak miałam go zostawić? Prosi: »Wyjeżdżaj! Ratuj dziecko!«” (s. 14).

„Wieczorem nie wpuścili mnie do szpitala. Dookoła – morze ludzi. Stałam na wprost jego okna, a on podszedł i coś do mnie krzyczał. Tak rozpaczliwie! W tłumie ktoś usłyszał: »W nocy zabiorą ich do Moskwy!«Żony zbiły się w jedną grupę. »Puśćcie nas do naszych mężów! Nie macie prawa!«Biłyśmy ich, drapały. Żołnierze (kordon był już podwójny) nas odpychali. Wtedy wyszedł lekarz i potwierdził, że nasi mężowie polecą samolotem do Moskwy, a my musimy przynieść im ubrania – bo te, w których gasili elektrownię, spłonęły. Autobusy już nie kursowały, więc ruszyłyśmy pędem przez miasto. Przybiegłyśmy z torbami, ale samolot już odleciał. Specjalnie nas oszukali, żebyśmy nie krzyczały, nie płakały” (s. 15).

„Spotkałam wtedy wielu dobrych ludzi, nie wszystkich zapamiętałam... Świat skurczył się do jednego punktu... On... Tylko on... Pamiętam starszą salową, która mi powiedziała: »Są choroby, których nie da się wyleczyć. Trzeba tylko siedzieć i głaskać po rękach«. [...] Wasia zaczął się zmieniać – codziennie przychodziłam do kogoś innego... Oparzenia wychodziły na wierzch... W ustach, na języku, na policzkach – najpierw pojawiały się małe ranki, potem się rozrastały. Śluzówka odchodziła płatami, takie białe błonki... Kolor twarzy... Kolor ciała... Siny... Czerwony... Szarobrunatny... A ono jest takie całe moje, takie kochane! Tego nie da się wypowiedzieć! Nie da się napisać! Nawet przeżyć... Ratowało mnie to, że wszystko działo się błyskawicznie, nie miałam czasu o tym myśleć, płakać nad tym. [...] Klinika ostrej choroby popromiennej – czternaście dni. Człowiek umiera w ciągu czternastu dni.” (s. 18-19)

„Urodziłam na dwa tygodnie przed terminem. Pokazali mi ją... Dziewczynka... »Nataszeńka – powiedziałam. – Tatuś dał ci imię Natasza«. Dziecko wyglądało na zdrowe. Rączki, nóżki. Ale miała marskość wątroby. W wątrobie dwadzieścia osiem rentgenów. Wrodzona wada serca. Po czterech godzinach powiedzieli mi, że dziewczynka umarła. I znowu, że nie mogą mi jej oddać! Jak to nie oddacie?! To ja wam jej nie oddam! Chcecie ją zabrać dla nauki, a ja waszej nauki nienawidzę!” (s. 26).

„Przynieśli mi drewniany koszyk. »Jest tutaj«. Popatrzyłam – leżała w pieluszkach, zawinęli ją. Wtedy zaczęłam płakać. »Połóżcie ją u jego nóg. Powiedzcie, że to nasza Nataszeńka«.

Tam, na grobie, nie ma napisu: »Natasza Ignatienko«... Jest tylko jego imię i nazwisko... A ona była jeszcze bez imienia, nic w ogóle nie miała... Tylko duszę... Jej duszę tam właśnie pochowałam.

Przychodzę do nich zawsze z dwoma bukietami: jednym dla niego, drugim – dla niej, kładę go w narożniku. Obchodzę grób na kolanach... Zawsze na kolanach... [...] Zabiłam ją... Ja... Ona... Uratowała... Moja dziewczynka mnie uratowała, przyjęła całe uderzenie jądrowe na siebie, była jakby odbiornikiem tego ciosu” (s. 27).

„w każdym kącie mieszkania – Wasia... Jego fotografie... W nocy z nim rozmawiam... [...] on przyprowadza córeczkę. Zawsze z córeczką. Bawi się tylko z nią... Tak właśnie żyję... W realnym świecie i równocześnie – w nierealnym. Nie wiem, gdzie się lepiej czuję.” (s. 29).

Dod. Wiola Szepietowska dnia 15-04-2014 o godz. 22:11

Komentarze:

1. Redakcja serwisu oaza.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczanych komentarzy ani się z nimi nie utożsamia. 2. Komentarze są wprowadzane przez internautów w sposób niezależny od Redakcji i jako takie nie stanowią części serwisu obsługiwanego przez Redakcję. 3. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia lub wstrzymanie niektórych komentarzy bez podania przyczyn. W szczególności dotyczy to kometarzy zawierających treści, które mogą być odebrane jako obraźliwe lub nie są związane z tematem. 4. Każdy czyta komentarze na własną odpowiedzialność.

 
Tytuł:
Treść:
Podpis:
Kod:kod
Możesz edytować swój komentarz przez 15 min. po dodaniu.

Zobacz także:

Wierność posłudze (1-04-2014)

Co dalej z tak pięknie rozpoczętym życiem? (28-02-2014)

Bóg działa przez ewolucję (17-01-2014)

Wilk na adrenalinie (15-01-2014)

Ołówek w rękach Boga (12-01-2014)

© DKS Ruchu Światło-Życie. Redakcja merytoryczna: redakcja@oaza.pl. Redakcja techniczna: webmaster@oaza.pl
Informacja o cookies.
Contact our HP Department if you are desperate to get black listed.